2 Zob. m.in.: Z. Karpus, Obozy jeńców wojennych z państw Ententy na ziemiach polskich pod panowaniem pruskim, [w:] Społeczeństwo polskie na ziemiach pod panowaniem pruskim w okresie I wojny światowej, red. M. Wojciechowski, Toruń 1996; P. Stanek, Jeńcy wojenni na Górnym Śląsku w latach I wojny światowej, [w:] Koniec starego świata 17 września 1939 r., po sowieckiej agresji na Polskę, w niewoli znalazło się około 250 tys. polskich jeńców, w tym ponad 10 tys. oficerów Wojska Polskiego. 5 marca 1940 roku na najwyższym szczeblu sowieckich władz zapadła decyzja o wymordowaniu polskich jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz „Zasób archiwalny Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach-Opolu to dokumenty dotyczące jeńców wojennych (głównie polskich), przetrzymywanych w latach II wojny światowej w obozach jenieckich na terenie III Rzeszy, a także ZSRR i w obozach dla internowanych na terytorium Litwy, Łotwy, Węgier, Rumunii, Szwecji i Szwajcarii. Kartoteka osobowa robotników przymusowych (w tym byłych jeńców wojennych) zatrudnionych na terenie powiatu: Hamburg Kartoteka osobowa robotników przymusowych skierowanych do pracy za pośrednictwem niemieckiego Urzędu Pracy w Krakowie (Arbeitsamt Krakau)- IPN GK 111/24. 1 w tym Polskie Oddzia ły Wartownicze — 24 112; 2 Polskie Oddzia y Wartownicze we Francji; 3 w orygi-nalnym zestawieniu 123 464. Źródło: Zestawienie uwolnionych i zarejestrowanych b. jeńców wojennych z 1939 r., jeńców z AK i jeń-ców Polaków z eks–Wehrmachtu na dzień 1 X 1945, 1 XI 1945, i 1 III 1946, IPMS, A XII 47/65; Notatka Większość powstańców została ewakuowana do obozu w Sandbostel X B k/Hamburga. Ogółem pod koniec wojny Niemcy zgromadzili w tym obozie ok. 15.000 jeńców polskich i wiele tysięcy jeńców innych narodowości. W pierwszych dniach kwietnia 1945 r. w Sandbostel zjawili się gestapowcy i niemiecki komendant obozu wydał im płk. fmwaSM. Drukuj Powrót do artykułu19 listopada 2009 | 13:36 | ts (KAI/KNA) / kw Ⓒ ⓅKościół katolicki w Niemczech otworzył proces beatyfikacyjny ks. Franza Stocka (1904-1948), duszpasterza jeńców Mszy św. z tej okazji przewodniczył 15 listopada w Arnsberg-Neheim, rodzinnej miejscowości ks. Stocka, arcybiskup Paderborn Franz-Josef urodzony 21 września 1904 w. Neheim w Zagłębiu Saary, jest jednym z pionierów porozumienia niemiecko-francuskiego. Od 1934 r. aż do wybuchu wojny prowadził niemieckojęzyczną parafię w Paryżu. W czasie okupacji niemieckiej w więzieniach Paryża sprawował duchową opiekę nad dwoma tysiącami skazanych na śmierć: członkami francuskiego ruchu oporu, Żydami i żołnierzami niemieckimi. Pocieszał ich, potajemnie utrzymywał kontakty z ich rodzinami, przenosił żywność i wiadomości do cel więźniów. Francuzi nazywali ks. Stocka „duszpasterzem piekła”, który – jak mówił prezydent Sarkozy – „dawał nikły promyk nadziei zimnej mechanice egzekucji”.Do pracy wśród skazańców ks. Stock zgłosił się dobrowolnie, gdy w 1940 r. hitlerowcy zabronili dostępu do nich księżom francuskim. Kapłan spowiadał, udzielał ostatnich sakramentów, a skazańcom żydowskim czytał Stary Testament. Często udzielał też ostrzeżeń działaczom ruchu oporu. „Jego dziennik oraz listy z tamtego okresu stanowią wstrząsający dokument przeciwnika wojny” – napisała niemiecka agencja katolicka KNA. „Często myślę, że nie mogę już zrobić niczego więcej. To, co tu przeżywam, jest tak okrutne, że nie pozwala mi zasnąć” – pisał duchowny do swego przyjaciela w 1942 wyzwoleniu Paryża 28 sierpnia 1944 r., duszpasterz skazanych sam dostał się do niewoli. Jednak i tam nie pozostawał bezczynny: w Orleanie, a później w Chartres wraz z księżmi francuskimi założył tzw. „seminarium za drutami kolczastymi”. Ponad tysiąc niemieckojęzycznych księży i seminarzystów uczyło się tam wspólnie w obozie jenieckim i przygotowywało do przyszłych zajęć w nowej Europie. Ponad 500 z nich zostało księżmi. „Seminarium przyniosło sławę zarówno Francji, jak i Niemcom” – mówił zwiedzając Le Coudray nuncjusz apostolski Angelo Roncalli, późniejszy papież Jan XXIII. Podkreślił wówczas, że to miejsce zasłużyło sobie na to, by stać się „znakiem pojednania”, a ks. Stock – „to nie nazwisko, lecz program”.Zapomniany i osamotniony ks. Stock zmarł w Paryżu 24 lutego 1948 r. w wieku 43 lat. Przyczyną śmierci była przewlekła choroba serca. Niewiele brakowało, a zostałby pochowany w zbiorowej mogile. Jednak już w lipcu 1949 r. w Paryżu oddano po raz pierwszy publicznie hołd zmarłemu kapłanowi i podkreślono jego znaczenie dla pojednania i porozumienia. W 1963 r. jego doczesne szczątki przeniesiono z Paryża do maju 2005 r. na terenie byłego obozu dla jeńców wojennych Le Coudray, w pobliżu słynnej gotyckiej katedry we francuskim Chartres, został położony kamień węgielny pod budowę Europejskiego Centrum Spotkań im. Franza Stocka. Obok upamiętnienia ks. Stocka, centrum ma przekazywać ducha pojednania w okazji budowy jest też prowadzona renowacja kompleksu obozowego, a zwłaszcza kaplicy „seminarium za drutami kolczastymi”. Kaplica, w której freski malował sam Stock, jest zarejestrowana jako zabytek i znajduje się pod ochroną. Europejskie Centrum Spotkań jest budowane z myślą przede wszystkim o uczniach i młodzieży; zdaniem organizatorów, ma ono im przybliżyć myśl europejską i motywy pojednania niemiecko-francuskiego. Ponadto odbywać się tam będą imprezy kulturalne niemiecko-francuskie oraz kongresy naukowe poświęcone problematyce pokoju i rozwoju społecznego. W skład projektu wchodzi też fundacja Europejskiej Nagrody im. Franza Stocka, pielgrzymki oraz stała wystawa poświęcona działalności niemieckiego uroczystej Mszy św., w trakcie której arcybiskup Paderborn ogłosił otwarcie procesu beatyfikacyjnego ks. Stocka, przy grobie ks. Stocka w Chartres Mszę św. sprawował francuski biskup Michel Pansard. Był to „duchowy most”, który połączył niemieckie Neheim, miejsce urodzenia ks. Stocka i francuskie Chartres, miejsce jego Czytelniku,cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie! Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz prosimy Cię o wsparcie portalu za pośrednictwem serwisu Patronite. Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj. Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej. Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności. "W dotychczasowej historiografii za cezurę między tradycyjnym sposobem prowadzenia wojny a wojną totalną błędnie uznawano niemiecki atak na Związek Radziecki. W rzeczywistości jednak wszelkie jej znamiona nosiła już pierwsza krótka kampania Wehrmachtu przeciwko Polsce" - pisze Boehler. Podkreśla, że "żołnierze rozstrzeliwali tam na dużą skalę cywilów i jeńców wojennych, a także współpracowali z grupami operacyjnymi policji bezpieczeństwa przy pacyfikacji zdobytych terenów oraz wypędzaniu i mordowaniu polskich Żydów". Autor szczegółowo dowodzi fałszu rozróżniania między "zbrodniczym SS" i "przyzwoitym Wehrmachtem". Przekonuje, że mordy popełniane w 1939 r. przez Wehrmacht oraz przez jednostki SS i policji różniły się jedynie pod względem motywacji: w przypadku SS było to odpowiednie szkolenie i odgórne rozkazy, w przypadku regularnych sił zbrojnych III Rzeszy - negatywny obraz Słowian i Żydów oraz "partyzanckie urojenia". Tej przyczynie Boehler poświęca wiele miejsca. Podkreśla, że znaczna cześć rozstrzeliwań polskich cywilów przez Wehrmacht spowodowana była właśnie podejrzeniami wobec ludności o "skryty i podstępny" udział w działaniach wojennych. "W rzeczywistości jednak Wehrmacht walczył tu nie z realnym, lecz z urojonym wrogiem" - podkreśla autor. Zwraca uwagę, że we wrześniu 1939 r. nie istniała żadna polska partyzantka. Historyk uważa, że urojenia te - niezależnie od twierdzeń Hitlera, jakoby polski rząd zachęcał ludność do strzelania z ukrycia do niemieckich żołnierzy - były spowodowane "nerwowością niedoświadczonych rekrutów". Za niekontrolowane wymiany ognia między sobą obarczali oni odpowiedzialnością polskich cywilów, których na miejscu karali. Taka była np. przyczyna śmierci ponad 200 polskich jeńcow, ostrzelanych 4 września przez ogarniętych paniką konwojentów w zajętej przez Niemców Częstochowie. Boehler podkreśla, że sytuację zaostrzały rozkazy; np. 8 Armia za niezbędne uznała natychmiastowe rozstrzeliwanie wszystkich mieszkańców domów, z których strzelano by do żołnierzy. Ponadto niemieckie wojsko nie uznawało polskich straży obywatelskich (dopuszczanych przez konwencję haską z 1907 r.) za pełnoprawnych uczestników walk, których rozstrzeliwano jako rzekomych "dywersantów". Tak było np. w Bydgoszczy, gdy straż złożyła broń po zapewnieniu Niemców nadania jej praw kombatanckich. "Niemieccy żołnierze czuli się rozgoryczeni tym, że zajęcie Bydgoszczy utrudniała im formacja złożona z cywilów" - komentuje Boehler. Autor podkreśla, że Wehrmacht bardzo wrogo odnosił się do polskich Żydów, którym obcinano brody, znieważano, zmuszano do upokarzających prac. Dochodziło też do mordów; najbardziej drastyczny wydarzył się w Końskich, gdzie żołnierze zastrzelili 22 Żydów. Oficer, który pierwszy otworzył tam ogień, stanął wprawdzie przed sądem polowym, ale nie za zabójstwa, lecz za "naruszenie dyscypliny". Wobec wojskowych, sądzonych za zgwałcenie kilku Żydówek w Busku, sąd wojenny najwięcej uwagi poświęcał zaś wyjaśnianiu, czy "zhańbili oni rasę germańską" (w III Rzeszy karano za stosunki seksualne z "podludźmi"). Niestawianie winnych zbrodni - poza takimi nielicznymi wyjątkami - przed sądami polowymi Wehrmachtu jest dla autora przejawem obojętności dowództwa na los obywateli Polski. Przypomina on, że i po wojnie nikogo z Wehrmachtu nie skazano za zbrodnie z września 1939 r. Według polskich historyków, SS wraz z Wehrmachtem zamordowały wtedy ok. 3 tys. polskich jeńców wojennych oraz 16 tys. cywilów. Zdaniem Boehlera, Wehrmacht "miał na swoim koncie niewiele mniej ofiar egzekucji niż grupy operacyjne policji czy formacje SS", którym dorównywał pod względem brutalności. Historyk podkreśla, że choć grupy te podlegały Wehrmachtowi, to dowództwo - poza sporadycznymi interwencjami - nie czyniło nic, by przeciwdziałać zbrodniom SS i policji, a nawet zapewniało im wsparcie logistyczne. 40-letni Boehler, który ożenił się z Polką, jest od 2000 r. pracownikiem Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Jego książka ukazuje się nakładem Wydawnictwa Znak. Głód, męczarnie, egzekucje, 2-3 mln zabitych żołnierzy. Przez długi czas nie mówiło się głośno o zbrodniach dokonanych na jeńcach wojennych w hitlerowskich stalagach, twierdzi historyk Rolf Keller. Deutsche Welle: Ilu radzieckich jeńców wziął Wehrmacht do niewoli? Ilu z nich zginęło? Rolf Keller: Z pewnością do niewoli wzięto 5,3 - 5,7 mln radzieckich żołnierzy. Co najmniej 2,6 mln, o ile nie nawet 3,3 mln z nich, zmarło w niemieckiej niewoli, czyli ponad połowa. Odsetek zabitych i zmarłych w przypadku innych jeńców wynosił maksymalnie 2 proc. Jak traktowano jeńców? Radzieccy więźniowie wojenni w ujęciu Wehrmachtu byli formalnie jeńcami, ale nie traktowano ich zgodnie z zasadami konwencji genewskiej. Umyślnie gorzej ich żywiono i gorzej traktowano, niż innych. W ramach specjalnego programu selekcji separowano na przykład Żydów i komisarzy politycznych; jeńców wojennych wydawano w ręce SS. Rolf Keller: W Niemczech temat ten nie interesował nikogo po wojnie Wojna ze Związkiem Radzieckim była zapowiedziana przez Hitlera jako "walka eksterminacyjna" (Vernichtungskampf), czyli planowana była śmierć milionów mieszkańców ZSRR. Jeńców wojennych określano jako reprezentantów "żydowsko-bolszewickiego światopoglądu". W hitlerowskiej propagandzie byli oni nazywani "typami przestępczymi", "słowiańskimi podludźmi" czy "wyrzutkami ludzkości". Tylko dlatego, że w przemyśle zbrojeniowym potrzeba było coraz więcej rąk do pracy, przywożono ich do Niemiec. W Niemczech istniały stalagi, czyli "Stammlager fuer Kriegsgefangene" - obozy jenieckie dla szeregowców i podoficerów. Jakie panowały tam warunki? Pierwsze stalagi, tworzone jako obozy jenieckie dla Polaków, Belgów, Francuzów czy Brytyjczyków i Serbów, składały się z baraków. Służyły do rozdziału jeńców jako siły roboczej po różnych firmach czy w rolnictwie. Dla radzieckich jeńców tworzono od 1941 r. coś nowego: tzw. Russen-Lager: 12 dużych obozów dla 20 tys do 50 tys. jeńców, przede wszystkim na Śląsku, w Saksonii, Dolnej Saksonii i w Westfalii. Tam nie było baraków z miejscami noclegowymi i sanitariatami tylko była to wolna przestrzeń ogrodzona drutem kolczastym z wieżami wartowniczymi. Jeńcy musieli nawet w największym zimnie koczować pod gołym niebem. Menażkami grzebali w ziemi jamy, żeby móc się tam schować przed zimnem. Zbadaliśmy dokumenty, listy zgonów i ewidencję cmentarną, gdzie często podawana jest przyczyna zgonu "przez uduszenie się w jamie w ziemi”. Czyli panowały tam straszliwe warunki. Ponieważ internowani nie dostawali dość do jedzenia, jedli korę czy wygrzebywali z ziemi robaki. Szybko szerzyły się choroby, tak że od października 1941 zaczął się masowy pomór. W największych obozach radzieckich jeńców dziennie umierało do 300 osób, które grzebano w zbiorowych mogiłach. Cmentarz stalagu Oerbke (Stalag XI D/321), 1941 Jaki był los jeńców po wyzwoleniu w 1945 r.? Sławetny rozkaz Stalina nr. 270 mówił, że radziecki żołnierz walczy do końca i nigdy nie idzie do niewoli. Każdy jeniec uważany był za zdrajcę. Jemu i jego rodzinie groziły kary. Żołnierzy powracających z Niemiec traktowano najpierw jako potencjalnych kolaborantów: jak można było przeżyć cztery lata w Niemczech w tak strasznych warunkach nie współpracując z Niemcami? Wielu jeńców nie mogło w ogóle wrócić do domu - trafiali do gułagu, obozów sowieckiej bezpieki czy do batalionów karnych. Niewola i więzienie rzutowały na całe ich życie. Temat ten był tabu nawet w rodzinie. O tym się nie mówiło, dlatego jest tak mało relacji świadków historii na ten temat. Także w Niemczech temat ten nie interesował nikogo po wojnie - i także ze względu na konflikt Wschód-Zachód - był on na marginesie aż do lat 90-tych. Działo się tak, pomimo, że w okresie wojny wszyscy doskonale wiedzieli o tym, bo w każdej właściwie miejscowości były brygady pracy składające się z jeńców. Rolnicy wystawiali rachunki za brukiew, którą kradli na polach głodni więźniowie. Ponieważ wielu oddalało się z miejsca pracy w poszukiwaniu jedzenia, ginęli zastrzeleni przez strażników. "Russenlager" Oerbke (Stalag XI D/321), 1941 Czego życzyliby sobie od Niemiec ci, którzy przeżyli? Ich stosunek do Niemiec i do ich ojczyzny jest ambiwalentny. Jeden z rosyjskich historyków napisał: "na koniec stali się ofiarami dwóch dyktatur". Są wdzięczni, kiedy ktoś interesuje się ich losem i kiedy doświadczają takich gestów, jakie robi np. berlińskie towarzystwo "Kontakty", które ocalonym wypłacało po 300 euro z pieniędzy uzyskanych od darczyńców. Te pieniądze przydały im się bardzo. Szacuje się, że żyje jeszcze około dwóch tysięcy ocalałych jeńców; są już w bardzo podeszłym wieku, często schorowani, z minimalnymi rentami, za które nie mogą nawet kupić potrzebnych im lekarstw. W Niemczech toczy się spór nt. odszkodowań. Właściwie nie są one przewidziane dla jeńców wojennych. Jak ocenia to Pan w odniesieniu do byłych rosyjskich jeńców? W myśl konwencji genewskiej jeńcy wojenni powinni być tak samo zaopatrzeni, jak niemieccy żołnierze. W przypadku rosyjskich jeńców tego jednak celowo nie zrobiono. W obawie przed dalszą lawiną roszczeń niemiecka strona kategorycznie odrzuciła wszelkie roszczenia od jeńców. Jest to dylemat nie tylko pod względem prawnym, ale również pod względem etyczno-moralnym. Pożądane byłoby uznanie tych roszczeń nie pod formalnym pojęciem "odszkodowań". Partie opozycyjne Lewica i Zieloni wskazują na to, że radzieccy jeńcy byli ofiarami reżimu hitlerowskiego. Dla mnie, jako historyka, jest to jasne. Istnieje tymczasem dość dowodów na zbrodnie popełnione przez hitlerowców na radzieckich jeńcach wojennych. Oni sami życzyliby sobie, żeby strona niemiecka publicznie się do tego przyznała. Prezydent RFN Joachim Gauck stwierdził już, że miało to miejsce; brak jeszcze tylko ustosunkowania się do nich Bundestagu. rozmawiała Andrea Grunau Historyk Rolf Keller od 25 lat zajmuje się tematem radzieckich jeńców wojennych. Uczestniczył w niemiecko-rosyjskim projekcie badawczym, w trakcie którego dokonano weryfikacji akt jeńców niemieckich, które po roku 1945 dostarczono do Moskwy. Jako działacz organizacji dbającej o miejsca pamięci ma kontakt z wieloma ocalałymi jeńcami. W czasie II wojny światowej na terenie poligonu Hohenfels znajdował się obóz jeniecki o nazwie Stalag 383. Przetrzymywano w nim jeńców alianckich, z czego ponad połowę z 5 tys. stanowili jeńcy polscy. Od 1945 do 1949 r. w Hohenfels byli polscy jeńcy budowali cmentarz dla wysiedleńców, którzy zmarli w czasie niewoli. Zobacz także: Biden: wysłanie amerykańskich żołnierzy na Ukrainę nigdy nie wchodziło w grę "Chcieliśmy oddać szacunek naszym poległym towarzyszom" - Wiedząc o polskich pomnikach w Joint Multinational Readiness Center przed naszym przyjazdem, chcieliśmy oddać szacunek naszym poległym towarzyszom - powiedział kapitan Timothy Johnson. - Po usłyszeniu o polskim cmentarzu, poświęciliśmy nasz czas i siłę roboczą, aby oczyścić i cmentarz i nagrobki - dodał. - Ten cmentarz jest namacalnym dowodem strasznego okresu w historii. A my jesteśmy tutaj, aby uhonorować uczestników tamtych czasów. Ważne jest, abyśmy nadal o nich pamiętali. Jesteśmy im to winni - powiedział Johnson. Żołnierze kosili trawę, grabili liście, czyścili nagrobki i wywozili gruz. - Cieszyliśmy się możliwością służenia społeczności i naszym polskim przyjaciołom. Zawsze możemy wyjść z czegoś takiego z poczuciem zadowolenia z tego, co zrobiliśmy i co osiągnęliśmy - powiedział płk Brian E. McCarthy. Zobacz także: Dokumenty amerykańskiego wywiadu: ostrzeżenie przed ruchami Rosji Cieszymy się, że jesteś z nami. Zapisz się na newsletter Onetu, aby otrzymywać od nas najbardziej wartościowe treści Źródło: (ww) Kartoteki robotników przymusowych

lista polskich jeńców wojennych w niemczech